• Wtorek, 22 listopada 2022
X

Najdroższy jacht świata – pancernik HMS Vanguard cz. 1

HMS Vanguard był największym, najszybszym, najnowocześniejszym, najdroższym, najdłużej budowanym i przy tym najmniej potrzebnym oraz – przede wszystkim – ostatnim brytyjskim okrętem liniowym. Samotnie zakończył w Royal Navy historię tradycyjnych jednostek tej klasy (tzw. superdrednotów). Planowane obecnie jednostki serii Capital Ship,projektowane w ramach programu Dreadnought 2050, o ile w ogóle powstaną, w niczym nie będą bowiem przypominały wielkich okrętów artyleryjskich, jakie znamy z XX w., przewiduje się dla nich również nieco inne zadania. Z uwagi m.in. na przeniesienie roli strategicznej z pancerników na uzbrojone w pociski balistyczne okręty podwodne z napędem nuklearnym HMS Vanguard okazał się ostatecznie klasycznym białym słoniem i już w 1960 r. trafił do stoczni złomowej.

Co istotne, ostatni jak dotąd pancernik Royal Navy był u podstaw projektowany jako klasyczna prowizorka, u źródła jego powstania leżała bowiem chęć wykorzystania składowanych w arsenale od 1925 r. czterech dwudziałowych wież ze starymi armatami kal. 381 mm L/45 Mark I. Okręt ten skrojono zatem pod uzbrojenie, którego zasadniczy projekt pamiętał jeszcze czasy I wojny światowej. Prawdziwym paradoksem tej sytuacji jest jednak fakt, że wbrew wielu złośliwym, powtarzanym zresztą do dziś komentarzom, uzbrojenie główne HMS Vanguard było akurat jednym z tych elementów jego parametrów taktyczno-technicznych, które w najmniejszym stopniu zasługiwało na krytykę. Swoją drogą wielu posunęło się nawet do klasyfikowania (oczywiście nieoficjalnie) brytyjskiego superdrednota jako krążownika liniowego, używając przy tym argumentu, że tak duża jednostka o wyporności powyżej 51 000 ts ma artylerię główną zbyt małego kalibru i przy tym niezbyt liczną. Co ciekawe, po raz pierwszy tym terminem posłużył się sam pomysłodawca budowy pancernika, sir Stanley Goodall, ówcześnie naczelny konstruktor Royal Navy. Sęk w tym, że wspomniany kaliber preferowano powszechnie w Europie i w tym kontekście np. niemieckie okręty liniowe typu Bismarck równie dobrze można by tak sklasyfikować (ich wyporność bojowa była przy tym niewiele mniejsza od HMS Vanguard). Co więcej, brytyjskie armaty kal. 381 mm cechowały się bardzo dobrymi, zbalansowanymi właściwościami balistycznymi, niezawodnością oraz celnością. Mało tego – te zastosowane na ostatnim brytyjskim pancerniku poddano gruntownej modernizacji, m.in. wraz z całą linią podawania i dosyłania amunicji, dzięki czemu z powodzeniem można je uznać za najlepsze ciężkie armaty morskie, jakie dotąd zastosowano na okrętach w Europie. Sam HMS Vanguard od strony konstrukcyjnej również nie był ostatecznie złym okrętem i patrząc z dzisiejszej perspektywy, można śmiało uznać, że tak szybkie wycofanie go z linii stanowiło przejaw skrajnej krótkowzroczności Royal Navy i klasycznego marnowania zasobów.

Okręt skrojony pod artylerię

Choć okoliczności powstania jednostki można rzeczywiście uznać za dość nietypowe, to uzależnienie budowy pancernika od głównego uzbrojenia nie było – wbrew pozorom – czymś niezwykłym. Faktem jest, że cykl projektowania, produkcji oraz testów poligonowych ciężkiej artylerii morskiej w połączeniu z opracowaniem linii podawania i dosyłania amunicji wraz z wieżą i zespołem nieruchomym – barbetą – trwa dłużej niż budowa okrętu liniowego. Poza tym w okresie międzywojennym brytyjskim przemysłem ciężkim targały różnego rodzaje problemy, głównie natury finansowej, co w konsekwencji spowalniało dostawy nowych armat oraz płyt pancernych, szczególnie tych nawęglanych, co z kolei powodowało spore opóźnienia w oddawaniu do służby nowych pancerników oraz w zasadniczy sposób ograniczyło modernizację starych. Doszło nawet do tego, że część najnowszej generacji pancerza ciężkiego typu CA (Cemented Armor) Mark II dla okrętów liniowych typu King George V musiano sprowadzać z ówczesnej Czechosłowacji, z zakładów Škodovy závody w Pilźnie. Pod względem jakościowym był to notabene jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, pancerz utwardzany powierzchniowo, jaki kiedykolwiek zastosowano na okrętach liniowych.

Tymczasem u progu kolejnej wojny sytuacja Royal Navy wśród jednostek strategicznych, jakimi były wówczas pancerniki, nie przedstawiała się tak dobrze, jak by mogło to wynikać z ówczesnych roczników flot. Wielka Brytania dysponowała wówczas co prawda 12 okrętami liniowymi, jednak praktycznie wszystkie należało w mniejszym lub większym stopniu uznać za przestarzałe. Szczególnie dotyczyło to tylko w niewielkim stopniu zmodernizowanych pięciu jednostek typu Revenge i pary nieudanych okrętów typu Nelson. Z kolei trzy z pięciu najstarszych pancerników typu Queen Elizabeth skierowano na kompleksową przebudowę, aczkolwiek nawet te prace przeprowadzono w dość ograniczonym zakresie w porównaniu z tym, co zrobiły ze swoimi superdrednotami np. Teikoku Kaigun czy US Navy. Do tego dochodził niezmodernizowany krążownik liniowy HMS Hood, będący w rzeczywistości „słabszym superdrednotem”, oraz dwa wątpliwej jakości, iluzorycznie opancerzone okręty typu Renown, z czego jednostkę prototypową także przewidziano do kompleksowej przebudowy. W budowie znajdowało się pięć nowoczesnych pancerników typu King George V, których charakterystyki taktyczno-techniczne ucierpiały jednak m.in. na skutek postanowień traktatu londyńskiego z 1936 r., a poza tym weszły one do służby dopiero w latach 1940-1942. W rezultacie przed wybuchem II wojny światowej średnia wieku brytyjskich pancerników dochodziła do 25 lat i biorąc dodatkowo pod uwagę, że większość z nich nie przeszła kompleksowych modernizacji, wymiana pokoleniowa okrętów liniowych stała się po prostu koniecznością.

Tak narodziła się koncepcja budowy czterech kolejnych pancerników, bazujących konstrukcją na jednostkach typu King George V, klasyfikowanych później jako typ Lion. Miały być one nieco większe – wyporność standardową oceniono wstępnie na 40 000 ts, a to dzięki skorzystaniu z tzw. klauzuli eskalacyjnej – i uzbrojone podobnie jak amerykański typ North Carolina w dziewięć armat kal. 406 mm L/45 Mark II, III lub IV (przeskok w kalibrze okazał się możliwy również dzięki zastosowaniu „klauzuli eskalacyjnej”, co już wcześniej zrobili Amerykanie, gdy tylko zaczęli otrzymywać bardziej precyzyjne dane na temat parametrów nowych japońskich superdrednotów typu Yamato).

Sprawy potoczyły się lawinowo, szczególnie że na tle zbrojącej się na potęgę Japonii zaistniała pilna potrzeba zabezpieczenia brytyjskich interesów także na Dalekim Wschodzie. Idąc śladem US Navy, przyszłe okręty miały być pancernikami dwóch oceanów, choć mogłoby okazać się to w praktyce dość problematyczne, ich podobieństwo konstrukcyjne do typu King George V było bowiem wręcz uderzające, a te, gdy w 1945 r. znalazły się na Pacyfiku, spisywały się tam niezbyt dobrze – obiektem drwin stał się zwłaszcza ich niewielki zasięg operacyjny. Tym niemniej na początku lipca i czerwca 1939 r. położono stępki pod pierwsze dwie jednostki, dla których przewidziano nazwy Lion i Temeraire (pozostałe dwa miały nosić nazwy Conqueror i Thunderer), zasadnicze prace konstrukcyjne zostały jednak wstrzymane.

Sławomir J. Lipiecki

Reklama

Najnowsze czasopisma

Zobacz wszystkie
X
Facebook
Twitter
X

Dołącz do nas

X