• Piątek, 23 lutego 2024
X

Francuski jedynak – krążownik ciężki Algérie cz. 1

Krążownik ciężki Algérie był ostatnią jednostką tej klasy zbudowaną dla francuskiej Marine Nationale. Z uwagi na rezygnację z kolejnych okrętów serii i przeniesienie mocy przerobowych na duże krążowniki lekkie do końca swojego istnienia pozostał jedynakiem, choć oficjalne podręczniki klasyfikują go jako typ Algérie. Jak na swoją klasę był wspaniale zaprojektowaną, zbalansowaną jednostką i choć w wielu publikacjach wydaje się pod tym względem nieco przereklamowany, to przy ograniczonej traktatem waszyngtońskim wyporności zbudowanie czegoś lepszego stanowiłoby w owym czasie nie lada wyzwanie.

Zbudowany jako bezpośrednia odpowiedź na bardzo udane włoskie odpowiedniki typu Zara (cztery jednostki), francuski Algérie należał do najlepiej opancerzonych i chronionych krążowników ciężkich w historii. Mimo to z budowy kolejnych okrętów ostatecznie zrezygnowano na rzecz jednostek z armatami kal. 152,4 mm, które nie były już tak udane i siłą rzeczy cechowały się mniejszą siłą ognia. Z drugiej strony ograniczona traktatem wyporność standardowa i ciężka, całkowicie nitowana konstrukcja kadłuba wymusiły na projektantach szereg kompromisów, które mimo postępu technologicznego dawało się odczuć praktycznie aż do smutnego i zarazem wstydliwego końca istnienia krążownika w listopadzie 1942 r.

Trudne początki

Historia powstania projektu pierwszych bardzo dobrze chronionych i przy tym zbalansowanych od strony konstrukcyjnej krążowników ciężkich we Francji jest tak osobliwa, że generalnie zasługuje na oddzielny, obszerny artykuł. Dość powiedzieć, że kraj ten, mający ogromne zasługi w dziedzinie projektowania nowinek technicznych dla jednostek morskich, sam nigdy nie dorobił się krążowników pancernych z prawdziwego zdarzenia, będących – mówiąc w uproszczeniu – protoplastami późniejszych krążowników ciężkich. Poza archaiczną konstrukcją francuskie okręty z początku ubiegłego wieku były bardzo słabo chronione i uzbrojone. Ostatnie dwa krążowniki pancerne Marine Nationale należały do typu Edgar Quinet. Wcielono je do służby w 1911 r., po trwającej aż sześć lat budowie, a więc w okresie największego rozkwitu jednostek tej klasy. Mimo jednak olbrzymiego doświadczenia Francji pod względem badań technologiczno-rozwojowych okręty te już w chwili wodowania pretendowały raczej do roli pływających zabytków niż wartościowych jednostek. Spora wyporność kadłuba (ok. 14 000 ts) została bowiem całkowicie zmarnowana. Krążowniki były stosunkowo powolne – rozwijały prędkość nieco powyżej 22 w., przy czym marszowa wynosiła tylko 10 w., dysponowały też bardzo niewielkim zasięgiem operacyjnym w granicach zaledwie 4000 Mm przy prędkości marszowej oraz z pozoru silnym, ale fatalnie rozlokowanym uzbrojeniem. Jego układ skopiowano wprost z semidrednotów typu Danton, z tą różnicą, że wszystkie armaty artylerii głównej rozlokowano w wieżach. Miały one ten sam kaliber 194 mm i – przede wszystkim – niemal zerową w kontekście jednostek tej klasy ochronę bierną, szczególnie podwodną, co stanowiło wypadkową zastosowania wyjątkowo ciężkiej i nieekonomicznej siłowni, zwieńczonej pokaźną liczbą kominów (aż sześć). Dość powiedzieć, że ostatnie krążowniki pancerne Marine Nationale na tle konkurencji, np. zbudowanych nawet nieco wcześniej brytyjskich jednostek typu Minotaur czy amerykańskich typu Pennsylvania (nie mylić z późniejszymi superdrednotami), w ogólnym rozrachunku prezentowały się po prostu kiepsko.

Z większości wad swoich okrętów (nie tylko krążowników pancernych) Francuzi stopniowo zaczęli zdawać sobie sprawę, jednak było już za późno na poprawę sytuacji. Tym samym ta niegdyś druga flota wojenna świata miała już nigdy nie odzyskać swojej dawnej pozycji. Natomiast chęć dalszej rozbudowy floty z naciskiem na okręty liniowe i krążowniki pancerne nie budziło w Marine Nationale wątpliwości. Niestety, kolejne francuskie pancerniki typu Bretagne pod względem konstrukcyjnym miały okazać się niemal kopią poprzedników, a budowy nowych krążowników pancernych nigdy nie rozpoczęto. Tym samym budowane według programu z 1912 r. trzy całkowicie przestarzałe jednostki, które osiągnęły gotowość bojową dopiero podczas I wojny światowej, w połączeniu z wcielonymi wspomnianymi krążownikami pancernymi typu Edgar Quinet miały w praktyce okazać się najpotężniejszymi okrętami nawodnymi Marine Nationale na niemal dwie kolejne dekady.

Realna szansa na budowę nowoczesnej floty zrodziła się we Francji – paradoksalnie – za sprawą rozbrojeniowego traktatu waszyngtońskiego, ratyfikowanego 21 sierpnia 1923 r. Konferencja po raz pierwszy unaoczniła fakt obniżenia rangi Wielkiej Brytanii jako dawnej największej potęgi morskiej. Brytyjczycy musieli więc zgodzić się na równość pod względem tonażu posiadanych pancerników ze Stanami Zjednoczonymi, które zresztą aspirowały do tego od końca XIX w., rozbudowując znacznie swoją flotę liniową, a Japonia z kolei – pogodzić się ze swoją drugorzędną rolą. Natomiast interesującą nas Francję zepchnięto do kategorii trzeciej, zrównując ją przy tym z Włochami, aczkolwiek tak naprawdę odbyło się to z korzyścią dla Marine Nationale. Delegacji francuskiej udało się bowiem obronić zasadę nieograniczania tonażu i liczebności jednostek średnich (krążowników) i małych (niszczycieli, klasyfikowanych wówczas we Francji jako kontrtorpedowce) oraz okrętów podwodnych. W efekcie traktat ograniczył jedynie liczbę i jakość posiadanych oraz nowo budowanych okrętów liniowych, będących wówczas kośćcem każdej liczącej się floty wojennej, a także nowo powstającej klasy lotniskowców. Dało to więc Francji możliwość startu z jednakowej pozycji, jeśli chodzi o jednostki niebędące pancernikami.

Trzeba przyznać, że podczas negocjacji francuska delegacja w sposób iście mistrzowski wykorzystała w szczególności przestarzałe jednostki niedoszłego typu Normandie. Oficjalnie poświęciła je, bo i tak przewidziano je do rozbiórki, a dzięki temu mogła osiągnąć inne interesujące ją zapisy traktatowe. Z pięciu planowanych okrętów liniowych typu Normandie ostatecznie ukończono tylko jeden – Béarn – i nie jako pancernik, ale jako pierwszy i zarazem jedyny na dziesięciolecia lotniskowiec Marine Nationale. Co jednak najważniejsze, pojawiło się zielone światło na budowę serii dużych krążowników uzbrojonych w armaty artylerii głównej kal. 203 mm, zwanych od tamtego czasu waszyngtońskimi. Jedyne ograniczenie stanowiła tutaj wyporność, ustalona podczas konferencji na 10 000 ts (tzw. wyporność standardowa, oznaczająca okręt z załogą, uzbrojeniem, zapasami, wodą kotłową itp., ale bez paliwa i rezerwy wody kotłowej, stąd z czysto praktycznych względów dziś się jej już raczej nie stosuje). Francja i Włochy swoją rywalizację o dominację w obrębie Morza Śródziemnego przeniosły więc na tego rodzaju jednostki. Co istotne, traktat waszyngtoński w sposób zupełnie niezamierzony przyczynił się do rozwoju badań nad rozmieszczeniem pancerza i przedziałów wodoszczelnych, dostarczając kilkadziesiąt nieukończonych kadłubów i wycofanych jednostek, które następnie przekształcono w okręty-cele i wykorzystano do przeprowadzenia eksperymentalnych strzelań lub podwodnych eksplozji, co w późniejszym czasie zaowocowało projektami coraz nowocześniejszych i bardziej odpornych na ciosy okrętów, w tym przede wszystkim pancerników i krążowników.

Korzystając z okazji, do końca lat 20. XX w. Marine Nationale zdołała wprowadzić do linii kilka typów tzw. krążowników waszyngtońskich. Co ciekawe, przy projektowaniu prototypu Francuzi otrzymali niespodziewany prezent ze strony Stanów Zjednoczonych w postaci kompletnej dokumentacji krążowników lekkich typu Omaha, a także pełen wgląd do zdobycznych dokumentacji niemieckich oraz ograniczony – do najnowszych brytyjskich. Z tą wiedzą zaprojektowano i zbudowano dwie jednostki typu Duquesne i cztery mocno ulepszone typu Suffren. Do tego doszły trzy mniejsze, uzbrojone w armaty kal. 155 mm krążowniki typu Duguay-Trouin plus pojedynczy Jeanne d’Arc. Praktycznie dopiero po pierwszej konferencji w Londynie w 1930 r. ustanowiono oficjalny podział klasyfikacyjny krążowników lekkich z armatami o kalibrze nieprzekraczającym 155 mm i ciężkich, dawnych waszyngtońskich, z armatami o kalibrze do 203 mm. I to właśnie budowane seryjnie te drugie stały się kolejnym punktem spornym mocarstw, co w konsekwencji doprowadziło do zwołania wspomnianej konferencji w Londynie. Próby załagodzenia konfliktu zakończyły się jednak tylko częściowym sukcesem, gdyż niejako na wstępie z rozmów wycofały się właśnie Włochy i Francja, które głównie na bazie krążowników rozwijały własne technologie budownictwa okrętowego. Oba państwa nie wypowiedziały jednak wcześniejszych zobowiązań traktatowych. Pozostałe wielkie mocarstwa morskie – USA, Wielka Brytania i Japonia – w sprawie budowy okrętów liniowych i krążowników, chcąc nie chcąc, musiały pójść na ustępstwa ze względu na piętrzące się trudności ekonomiczne.

Udało się natomiast ustalić limit tonażowy dla poszczególnych państw w kwestii budowy krążowników ciężkich. Ponieważ Francja, Włochy i Stany Zjednoczone wybudowały już do tamtego czasu całkiem pokaźną liczbę jednostek tej klasy, okazało się, że z przydzielonego limitu niewiele już pozostało, co w kontekście chęci budowy aż 21 takich okrętów dla Marine Nationale nie powinno dziwić, że kraj znad Sekwany ostatecznie wycofał się z konferencji. Co więcej, wkrótce Japonia zaskoczyła wszystkich projektem swoich najnowszych jednostek typu Mogami, o wielkości krążownika ciężkiego, ale uzbrojeniu składającym się z aż piętnastu armat kalibru 155 mm rozmieszczonych w pięciu trójdziałowych wieżach (trzy z nich zainstalowano na dziobie, a dwie na rufie). Zdesperowani Amerykanie, a w ślad za nimi Francuzi i Brytyjczycy, przenieśli więc moce przerobowe swoich biur projektowych i stoczni na krążowniki lekkie. Był to nieco dziwny czas (szczególnie w US Navy) entuzjastycznego podejścia do zagranicznej wizji jednostek, które tak naprawdę nie spełniały żadnych wymagań koncepcyjnych ani norm jakościowych amerykańskiej, brytyjskiej czy francuskiej floty. Co więcej, w owym czasie zaczął dominować dość osobliwy pogląd, że liczna i szybkostrzelna artyleria jest najbardziej efektywna w przypadku napotkania równorzędnego gabarytowo przeciwnika, gdyż zapewnia większe prawdopodobieństwo trafienia w początkowej fazie starcia niż bardziej powolna artyleria kal. 203 mm. Ponadto uważano, że kaliber 152,4-155 mm w zupełności wystarcza do walki z krążownikami, a przeciw pancernikom ani te, ani nawet dużo większe armaty i tak nic nie znaczą. Oczywiście kategorycznie sprzeciwiali się takim opiniom wszyscy poważni analitycy, jednak w owym czasie nie trafili na podatny grunt, a – jak się w przyszłości miało okazać – mieli oni w swym sceptycyzmie całkowitą rację; nawet sami Japończycy dość sprytnie podeszli do zagadnienia projektu swoich krążowników lekkich, od podstaw przystosowując je do stosunkowo łatwego i szybkiego przezbrojenia w armaty kal. 203 mm, co zresztą później nastąpiło.

Reklama

Najnowsze czasopisma

Zobacz wszystkie
X
Facebook
Twitter
X

Dołącz do nas

X