• Środa, 28 lutego 2024
X

PCC Faxon Bantan

Obecnie w Stanach Zjednoczonych możemy zaobserwować prawdziwy boom na karabinki typu PCC – Pistol Carabine Caliber. Od lat z uwagą obserwuję amerykańskie trendy i jestem pewien, że wkrótce i ta moda dotrze także do naszego kraju. Powodów wzrostu zainteresowania karabinkami PCC zasilanymi nabojami 9 mm Para jest wiele, z pewnością możemy wymienić dwa najważniejsze, czyli niższą cenę amunicji oraz większy komfort strzelania odczuwany dzięki mniejszemu odrzutowi i podrzutowi broni.

Przedstawię wam historię swoich doświadczeń związanych z użytkowaniem broni długiej zasilanej amunicją 9 mm, aby finalnie dotrzeć do sedna artykułu, tj. zastosowania karabinka PCC w służbie oraz szkoleniach strzeleckich.

Po raz pierwszy z pistoletem maszynowym (PM) zasilanym „dziewiątką” spotkałem się jeszcze za dzieciaka, gdy odwiedzałem mojego ojca podczas prowadzonych przez niego zajęć ogniowych z żołnierzami służby zasadniczej. Pamiętam, jak ojciec początkowo zamiast z „kałacha” pozwalał strzelać mi tylko z Raka, argumentując, że do AK muszę dorosnąć, bo ma on „dużego kopa” i nie będę go w stanie utrzymać. Ostrzegał zawsze, abym trzymał łapy z dała od krótkiej lufy Raka, ponieważ łatwo można było sobie nim odstrzelić palec. Kolejne moje spotkanie z PM nastąpiło podczas służby zasadniczej w 1. PSK gdzie cześć żołnierzy grupy specjalnej na wyposażeniu posiadała PM-94. Byli to głównie kierowcy-sanitariusze oraz radiooperatorzy. Ja, jako zastępca dowódcy grupy specjalnej, byłem wyposażony w AKMS. Świetnie znałem już wtedy „kałacha”, a sentyment do tej broni pozostał u mnie do dziś. Po powrocie do jednostki w 2003 roku, już jako żołnierz zawodowy, ku mojemu wkurzeniu, jako właśnie radiooperator otrzymałem stary, rozklekotany PM-94. Nasza kompania dywersyjno-rozpoznawcza była świeżo kompletowania i bazowaliśmy wtedy na wyposażeniu, którego niedawno używali żołnierze służby zasadniczej!

Tylko nieliczni z nas otrzymali na stan nowe Beryle, które chętnie pożyczaliśmy sobie nawzajem podczas zajęć. Szczęśliwie rok później do Iraku pojechałem już z Berylem, a właściwie po wymarzonego Beryla, bo broń przekazała nam poprzednia zmiana dopiero w Babilonie. Drogę z Bagdadu do Babilonu pokonałem na Starze 266 wyposażony tylko w pistolet P-83…

Jednostka od dawna posiadała na wyposażeniu kilka egzemplarzy zachodniej broni pozyskanej pewnie za czasów Dziwnowa i służyła ona głównie jako element wystawowy podczas licznie organizowanych pokazów typu „dog & pony show”. Była to dla mnie okazja do zapoznania się z zachodnimi konstrukcjami, m.in. z pistoletami maszynowymi MP5 w różnych wersjach. Wiele bym wtedy dał, aby takiego „empika” mieć – w szczególności w oko wpadł mi model SD, czyli ze zintegrowanym tłumikiem dźwięku. Z czasem cała „dywersja” została wyposażania w KBS Beryl oraz dodatkowo – jako drugą broń – w PM 98. Nigdy nie byłem fanem polskich PM, charakteryzowały się one tandetnym wykonaniem oraz beznadziejnym „manualem”, a my właśnie zaczęliśmy coraz częściej używać PM. Powodem był coraz większy nacisk w jednostce na szkolenie z zakresu „czarnej taktyki”. Nasz pistolet maszynowy nadawał się do tego lepiej, ponieważ był dużo krótszy od Beryla z 18-calową lufą. O właściwościach balistycznych „dziewiątki” jakoś wtedy za bardzo nie rozmawialiśmy. PM miał nawet możliwość montażu latarki w chwycie przednim, co zwiększało jego możliwości w walce w warunkach ograniczonej widoczności, niestety nie było możliwości zamontowania na nim posiadanego już w jednostce celownika holograficznego Eotech 552. Dodatkowym jego atutem było to, że jakimś cudem udało pozyskać się do naszych „peemików” zestawy konwersyjne na amunicję barwiącą FX, dzięki czemu szkolenie nabrało nowego wymiaru. System amunicji barwiącej znacznie urealnia proces szkolenia, pojawiają się prawdziwe trafienia i wyłącza się wtedy „nieśmiertelność”, tak jak było do tego czasu podczas szkoleń taktycznych z użyciem amunicji ślepej. Z PM wykonywaliśmy rożnego rodzaju strzelania z „regularnego programu strzelań” na odległości nawet do 150 m. Choć można było narzekać na te klamoty, to jednak byłem nawet pozytywnie zdziwiony, że z tak krótkiej lufy i kiepskiej kolby można było trafiać cele wielkości popiersia na takim dystansie.

Z czasem – pewnie około 2011 roku – dotarły do nas wymarzone MP 5, co więcej, naszej grupie wodnej przydzielono wersje SD! Przydział „esdeków” dla „nurów” uargumentowany był możliwością strzelania w pomieszczeniach, często wykonanych ze stali np. na statkach, bez specjalnej ochrony słuchu utrudniającej przemieszczanie się pod wodą oraz skrytością działania podczas operacji z wody. Jaraliśmy się nimi jak dzieci. Po pierwszej ekscytacji jak zwykle pojawiły się problemy związane z eksploatacją „empików”. Najpoważniejszy z nich to zupełnie inny manual niż przy użyciu posiadanych już w jednostce karabinków HK 416. Bardzo ciężko było nam być jednocześnie tak samo sprawnymi w obsłudze tych dwóch różnych platform. Różniło je wszystko: bezpiecznik, zrzut zamka, sama technika wymiana magazynka itp. Poza tym, do zamontowania na nim optyki konieczna była dodatkowa szyna montażowa, co dodawało kolejnych gramów do wcale nielekkiej już konstrukcji.

Reklama

Najnowsze czasopisma

Zobacz wszystkie
X
Facebook
Twitter
X

Dołącz do nas

X