• Poniedziałek, 15 kwietnia 2024
X

Operacja „Koppe ii”, czyli zima w mieście z targets creators

W końcu nadszedł długo oczekiwany rozkaz: W godz. 1800-1900 dnia 26.01.2023 całym składem swojej sekcji TST przybyć do safe house FOB WARRIOR TC. Być w gotowości przez min. 72 h do realizacji pełnego spektrum zadań.

Czyli zaczynamy drugie w historii TC szkolenie zgrywające, tym razem zimą – „Winter Camp FOB Warrior TC 001” stał się faktem. Tematem przewodnim Campu miało być prowadzenie rozpoznania w terenie miejskim i miał on być zorganizowany pod patronatem Okręgu Żołnierzy Armii Krajowej Obszaru Lwowskiego im. Orląt Lwowskich, celem „wzmacniania potencjału obronności kraju oraz uczczenia pamięci o bohaterach Armii Krajowej”. Do rozkazu dołączona była legenda wyjaśniająca, po co znajdujemy się akurat w tym miejscu i czasie (na wypadek, gdyby ktoś pytał) i zarys sytuacji „na froncie”. Tak, te campy nie odbywają się ot tak sobie – wszystko jest logicznie umiejscowione „w czasie i przestrzeni”, co bardzo pomaga wczuć się w rolę. Tym razem okazało się, że również legenda nie jest wymyślana ot tak sobie, żeby zapełnić więcej papieru. Ci, którzy skupili się na liście niezbędnego wyposażenia i odpuścili sobie legendę, mieli niebawem mieć bardzo mało czasu, żeby jednak wczuć się w rolę i nie dać się zdekonspirować. Tak samo jak gdy jechałem na letni Camp, wiedziałem, że na pewno się nie zawiodę i trzeba spodziewać się niespodziewanego. A niespodzianek było pod dostatkiem.

Na miejsce przyjeżdżamy trochę przed czasem. Parkujemy samochód tak, żeby w razie czego móc bez problemu dać dyla i żeby widzieć, czy pojawi się określony znak sygnalizacyjny, potwierdzający gotowość safe house’u do przyjmowania gości. Po dłuższej chwili pojawił się oczekiwany znak, więc wjeżdżamy do środka, na podane hasło słyszymy prawidłowy odzew, czyli wszystko w porządku: można iść się rozpakować. Na odprawie dostaliśmy plan zajęć na następny dzień i po odegraniu pierwszej roli przewidzianej legendą (niestety, kilku szczegółów nie mogę ujawnić) można było iść spać, bo czekał nas długi dzień.

Na pierwszy dzień został przewidziany trening strzelecki, żeby przygotować nas do dalszej części Campu – tematem przewodnim były działania nieregularne w terenie miejskim oraz leśnym. Gościny udzieliło nam MCS – Małopolskie Centrum Strzelectwa. Po przybyciu na miejsce zostaliśmy podzieleni na trzy grupy szkoleniowe, wskoczyliśmy w szpej odpowiedni dla każdej stacji, załadowaliśmy broń i można było zaczynać strzelanie. Moja sekcja zaczęła u Łasucha – zajęcia z taktyki zielonej na osi 100 m. Najpierw w parach, potem całością – kontratak skokami, zrywanie kontaktu, czyli dużo biegania i sporo myślenia. Rozgrzani bieganiem szybko wskoczyliśmy w suche cywilki, przezbroiliśmy się w konfigurację Low Profile i przeszliśmy do Matki. W programie było dobycie skrycie noszonej broni (zimowe kurtki zdecydowanie tego nie ułatwiają), zwroty, PID i wprowadzenie się w ruch przed strzałem do prawidłowo zidentyfikowanego celu. Zdecydowanie przydała się wiedza nabyta na szkoleniu Low Pro, które szczerze polecam.

Kolejna godzina zajęć szybko minęła, można było chwilę odsapnąć i zjeść coś ciepłego – magiczne, samopodgrzewające puszki okazały się czasem trudnym przeciwnikiem przy otwieraniu, ale zawartość była bardzo smaczna. Nakarmieni przekonfigurowaliśmy się w opcję Low Pro Combat (czyli zostając w cywilkach przepoczwarzyliśmy się w niedzielnych komandosów) i przeszliśmy do Modiego na ostatnią już część zajęć – tym razem czekało nas CQB. Czyli kąty, myślenie, chodzenie, jeszcze więcej myślenia, szukanie sobie roboty, czyszczenie pomieszczenia po pomieszczeniu. Ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Trzeba było się zapakować i wracać do safe house’u. A tam po obiedzie kilka godzin niesamowicie ciekawych wykładów z prowadzenia rozpoznania w terenie miejskim (co miało się bardzo przydać następnego dnia), przedzielone krótką przerwą na kolejne wczucie się w rolę zgodnie z legendą. Noc była krótka.

Drugiego dnia mieliśmy działać po cywilnemu na mieście. Do wykonania każda z grup miała po kilka różnych zadań, takich jak zorganizowanie i przeprowadzenie spotkania z Osobowym Źródłem Informacji – czyli bondowskie klimaty w pełnej krasie (włącznie z przebieraniem się w strój ułatwiający wtopienie się w tłum w miejscu akcji). Trzeba było zacząć od zaplanowania operacji (w deficycie czasowym, dzień jest krótki) – po akceptacji planu był stawiany rozkaz bojowy i ruszaliśmy w miasto. Miasto większości z nas nieznane, a na pewno niezbyt dobrze, stąd każdy błąd w planowaniu np. trasy mógł mieć poważne konsekwencje. To nie jest robota dla spóźnialskich. Do tego rezultat wykonania zadania (czyli ilość i jakość uzyskanych informacji) miał wpływ na drugie zadanie przeprowadzane tego dnia, a rezultat obu zadań miał wpływ na przebieg operacji, którą mieliśmy przeprowadzić na sam koniec Campu. Dodajmy do tego fakt, że dla każdego z nas była to pierwsza robota tego typu oraz siły „przeciwnika” (w tej roli starzy znajomi ze Szkoły Partyzantów z Krakowa), którzy starali się nas wykryć i śledzić, żeby poznać lokalizację safe house’u. Na szczęście do tego nie doszło, ale poziom adrenaliny, wyobraźnia płatająca figle (i w każdym przechodniu każąca widzieć przeciwnika, który na pewno nas obserwuje), próby znalezienia nieistniejącego ogona i kilka innych atrakcji zapewniło dzień pełen wrażeń. Na koniec dnia zebrane informacje pozwoliły zająć się planowaniem „Operacji Koppe II”. Scenariusz operacji luźno bazował na przeprowadzonej w Krakowie w 1944 roku przez kompanię „Pegaz”, oddział do zadań specjalnych Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej AK (późniejszy Batalion „Parasol”) „operacji specjalnej Koppe”, mającej na celu zlikwidowanie niemieckiego zbrodniarza Wilhelma Koppe. Operacja ta polegała na wykonaniu zasadzki na obiekt ruchomy w terenie miejskim. Niestety, nie zakończyła się ona sukcesem, zbrodniarz zdołał się wymknąć i został tylko ranny. Aby uniknąć powtórki z historii (i ze względu na przepisy dotyczące używania broni palnej) nasza „Operacja Koppe II” miała być prostsza, czyli miał to być napad na obiekt stały, którym była strzelnica Laki Strzał. Zadaniem było schwytanie lub likwidacja ważnej figury wojsk przeciwnika oraz uwolnienie zakładników. W przeciwieństwie do letniego Campu, tym razem między zakończeniem planowania operacji a jej wykonaniem, mogliśmy złapać po kilka godzin snu w wygodnych łóżkach – co za miła odmiana.

Reklama

Najnowsze czasopisma

Zobacz wszystkie
X
Facebook
Twitter
X

Dołącz do nas

X